Na kolanach przed majestatem Boga Ojciec
święty był zawsze, od dzieciństwa począwszy,
aż po ostatnią chwilę życia. A być na
kolanach przed Bogiem, to znaczy mieć żywą
świadomość nieskończonej wielkości Boga, a
zarazem Jego bliskości wobec człowieka. Z
tej świadomości i z miłującego serca rodzi
się potrzeba modlitwy, pokornej rozmowy z
Bogiem. Od razu trzeba dodać, że z Bogiem
rozmawiał nie tylko na kolanach, ale często
także leżąc krzyżem (zob.
Kalendarium,
s. 160).
A). Umiłowanie modlitwy wyniósł
z domu rodzinnego, a tej miłości uczył się
od ojca, którego życie po przedwczesnej
śmierci żony, „stało się … jeszcze bardziej
życiem ciągłej modlitwy”. Kiedy syn budził
się w nocy, zastawał ojca na kolanach, tak
jak na kolanach widywał go zawsze w kościele
(por. DT, s. 22). Wedle świadectwa
jednego z kolegów, „Karol miał taki zwyczaj,
że po przepracowaniu każdego przedmiotu
wychodził do drugiego pokoju i stamtąd
wracał po kilku minutach. Kiedyś drzwi były
niedomknięte i zauważyłem, że Karol modli
się na klęczniku” (Kalendarium, s.
34).
Intensywne i głębokie życie modlitwy
obejmowało różne formy tej rozmowy z Bogiem:
od najprostszego pacierza dziecka po
modlitwę brewiarzową kapłana, a nawet
kontemplację. W Krakowie czy na Watykanie
był wierny takim praktykom modlitewnym, jak
codzienne rozmyślanie, adoracja
Najświętszego Sakramentu, różaniec, Anioł
Pański, litanie do Serca Pana Jezusa i do
matki Bożej oraz Świętych. Nigdy ich nie
skracał ani nie przyspieszał, dając rozmowie
z Bogiem pierwszeństwo przed innymi
zajęciami. Jako Papież wyznał, że nigdy nie
opuścił modlitwy brewiarzowej.
Głęboko w serce zapadły mu słowa św.
Anzelma „Karmię was tym, czym sam żyję”.
Jako kapłan miał świadomość, że „posługa
słowa jest objawieniem tego, co zostało
naprzód przygotowane na modlitwie”, że „prawdy
głoszone muszą być wewnętrznie przeżyte,
muszą znaleźć się najpierw w przestrzeni
modlitwy, medytacji” (ORp 1/1996, s.
39).
B). Być na kolanach przed Bogiem
to nade wszystko być na kolanach przed
Jezusem Chrystusem Eucharystycznym. Dlatego
Msza święta była dla Sługi Bożego sprawą
najważniejszą i najświętszą, stanowiła
centrum jego życia i każdego dnia. Wyznaje,
że jako kapłan nigdy nie opuścił sprawowania
Najświętszej Ofiary. Do Mszy świętej
przygotowywał się przez rozmyślanie, a po
jej zakończeniu długo trwał na
dziękczynieniu. Klerycy-ceremoniarze do dziś
mają w pamięci, z jakim skupieniem odmawiał
modlitwy przed pontyfikalną Mszą świętą w
Katedrze wawelskiej.
Jego umiłowanie Eucharystii wyrażało się
również w trwaniu u stóp Chrystusa utajonego
w Najświętszym Sakramencie. Za wielkie
szczęście uważał to, że w domu biskupim była
kaplica, że mógł mieszkać i pracować w
przestrzeni Eucharystycznej Obecności
Chrystusa. Miał jednak świadomość, że
bliskość tej kaplicy jest zarazem wielkim
zobowiązaniem, „żeby wszystko w życiu
biskupa - nauczanie, decyzje, duszpasterstwo
- zaczynało się u stóp Chrystusa utajonego w
Najświętszym Sakramencie”. Z uwagi na to „wszystko”,
w kaplicy nie tylko się modlił, ale także
pisał książki, m.in. studium
Osoba i czyn.
Do dziś zachował się tam „klęcznik-biurko”,
przy którym Sługa Boży przygotowywał listy
duszpasterskie i inne ważne teksty
teologiczne. Kiedy z racji zajęć, fizycznie
nie mógł przyjść do kaplicy, wówczas w
sposób duchowy wchodził „w przestrzeń
Najświętszego Sakramentu” (Wstańcie,
s. 115 n).
W Sakramencie Eucharystii Jezus Chrystus,
Odkupiciel człowieka, uobecnił swoją zbawczą
Ofiarę, którą złożył na ołtarzu krzyża.
Dlatego pobożność eucharystyczna w życiu Ks.
Kardynała niejako organicznie związała się z
miłością do Jezusa ukrzyżowanego. Dlatego
chętnie chodził do kościoła franciszkanów,
by odprawić Drogę krzyżową przy stacjach
malowanych przez Józefa Mehoffera. Tajemnice
cierpienia Jezusa i Jego Matki rozważał na
kalwaryjskich dróżkach, a w Wielki Piątek
dołączał do modlitwy pielgrzymów głosząc
kazanie pasyjne na Górze ukrzyżowania.
Studenci-klerycy budowali się swoim
profesorem, który podczas przerw klęczał na
posadzce seminaryjnego korytarza przed
stacjami Drogi krzyżowej. W czasie Wielkiego
Postu jednoczył się z Chrystusem cierpiącym
śpiewając w swej kaplicy - biskupiej a potem
papieskiej - pieśni o Jego męce i Gorzkie
Żale.
C). Być na kolanach przed Bogiem to
także być na kolanach przed Duchem Świętym.
Arcybiskup Krakowski wiedział, że jako
kapłan jest wezwany, „by być człowiekiem
Słowa Bożego” i że „ człowiek współczesny
oczekuje … nie tyle Słowa «głoszonego», ile
«poświadczonego życiem»”. Chcąc „żyć Słowem”,
trzeba pogłębiać jego znajomość, a temu
wysiłkowi powinna „stale towarzyszyć
modlitwa, medytacja i prośba o dary Ducha
Świętego”. Sługa Boży wyznaje, że o te dary
modlił się od wczesnej młodości i że
pozostał wierny tej modlitwie (por. DT,
s. 88 n).