Po
ogłoszeniu diagnozy trudno mi
było patrzeć na Jana Pawła II w
telewizji. Mimo tego byłam przy
nim bardzo blisko w modlitwie i
wiedziałam, iż on mógł zrozumieć
to, co przeżywałam. Podziwiałam
jego siłę i odwagę, która
mobilizowała mnie do nie
poddawania się i do pokochania
tego cierpienia, gdyż bez
miłości ono pozbawione byłoby
sensu. Mogę stwierdzić, iż była
to codzienna walka, ale moim
jedynym pragnieniem było móc
przeżywać ją w wierze i z
miłością przyjąć wolę Ojca.
W
Wielkanoc 2005 roku zapragnęłam
oglądać naszego Ojca Świętego
Jana Pawła II w telewizji, gdyż
czułam w duchu, iż będę mogła to
uczynić po raz ostatni. Cały
ranek przygotowałam się do tego
spotkania wiedząc, iż będzie ono
bardzo trudne dla mnie (ukazać
mi miało bowiem to, jaka będę za
kilka lat). Nie było mi łatwo,
gdyż jestem względnie młoda.
Jednak nieprzewidziane
zakłócenia w przekazie
telewizyjnym uniemożliwiły mi
oglądanie programu.
Wieczorem
2 kwietnia 2005 roku cała nasza
wspólnota zgromadziła się, aby
dzięki połączeniu na żywo z
Rzymem we francuskiej telewizji
diecezji paryskiej (KTO) trwać
na czuwaniu modlitewnym na Placu
Świętego Piotra. Wraz z
siostrami z bezpośredniej
relacji dowiedziałyśmy się o
śmierci Jana Pawła II. Nagle
zawalił mi się cały świat,
straciłam przyjaciela, który
mnie rozumiał i dawał mi siły,
by iść naprzód. W kolejnych
dniach czułam wielką pustkę, ale
jednocześnie miałam pewność, iż
był On nieustannie obecny.
13 maja, w
święto Matki Bożej Fatimskiej,
papież Benedykt XVI otworzył
Proces Beatyfikacyjny Jana Pawła
II. Począwszy od 14 maja moje
siostry ze wszystkich wspólnot
we Francji i w Afryce modliły
się o wstawiennictwo Jana Pawła
II, prosząc o moje uzdrowienie.
Modlitwy trwały bez przerwy aż
do chwili, kiedy stwierdzono, iż
jestem zdrowa.
Byłam
wówczas na wakacjach. Kiedy czas
odpoczynku skończył się, 26 maja
wróciłam całkowicie wycieńczona
chorobą. Od 14 maja towarzyszył
mi ciągle pewien werset z
Ewangelii według świętego Jana:
„Jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę
Bożą”.
Jest 1
czerwca, nie daję już rady,
walczę, aby nie poddać się i
utrzymać na nogach. 2 czerwca po
południu idę do przełożonej, aby
prosić ją o zwolnienie mnie z
obowiązków wynikających z pracy.
Ona nalega, abym wytrzymała do
czasu, kiedy wrócę z Lourdes w
sierpniu i dodaje: „Jan Paweł II
jeszcze nie powiedział
ostatniego słowa”. Podczas
spotkania z przełożoną, Jan
Paweł II był obecny przy naszej
rozmowie, która odbyła się w
atmosferze pokoju i pogody
ducha. Przełożona podaje mi w
pewnej chwili pióro i prosi o
napisanie „Jan Paweł II”: jest
godzina 17.00. Z wielką
trudnością piszę „Jan Paweł II”.
Patrząc na nieczytelne pismo
przez długi moment pozostajemy w
ciszy. Dzień toczy się dalej
normalnie.
Po
modlitwie wieczornej o godzinie
21.00 weszłam do mojego biura,
by następnie udać się do pokoju.
Było to między 21.30 a 21.45.
Wówczas odczułam pragnienie, by
wziąć pióro i pisać. Jak gdyby
ktoś mówił mi: „weź pióro i
pisz”. Ku wielkiemu zdziwieniu,
pismo było wyraźnie czytelne.
Nie pojęłam dobrze, co się
dzieje, położyłam się na łóżku.
Było to dokładnie dwa miesiące
po tym, jak Jan Paweł II opuścił
nas i udał się do Domu Ojca. O
4.30 obudziłam się zdziwiona, iż
mogłam spać. Od razu wstałam z
łóżka, moje ciało już nie
bolało, nie czułam żadnego
zesztywnienia, a wewnętrznie nie
byłam już ta sama. Potem, jakieś
wewnętrzne wezwanie, jakaś siła
skłoniła mnie, bym poszła modlić
się przez Najświętszym
Sakramentem. Zeszłam do
oratorium. Modliłam się przed
Świętym Sakramentem. Ogarnął
mnie wielki pokój i błogość. Coś
ogromnego, jakaś tajemnica,
które trudno opisać. Następnie,
ciągle przez Najświętszym
Sakramentem rozważałam nad
tajemnicami światła Jana Pawła
II. A o godzinie 6.00 wyszłam,
by razem z siostrami modlić się
w kaplicy i uczestniczyć w
Eucharystii. Musiałam przebyć
około 50 metrów i wówczas zdałam
sobie sprawę, iż podczas gdy
szłam, moja lewa ręka ruszała
się, choć zazwyczaj pozostawała
nieruchomo wzdłuż ciała.
Dostrzegłam również pewną
lekkość w całym ciele, zwinność,
której nie doświadczałam od
dawna. Podczas Eucharystii
ogarnęła mnie wielka radość i
pokój. Był to 3 czerwca,
uroczystość Najświętszego Serca
Pana Jezusa. Po wyjściu ze Mszy
byłam przekonana, iż zostałam
uzdrowiona... drżenie w ręce
całkowicie ustąpiło. Znowu
zabrałam się za pisanie a w
południe nagle całkowicie
odstawiłam wszystkie leki.
7 czerwca
poszłam na okresową wizytę do
neurologa, który od 4 lat mnie
leczył. Ze zdziwieniem
stwierdził całkowity zanik
wszystkich objawów, chociaż od 5
dni nie kontynuowałam kuracji.
Następnego dnia przełożona
generalna powierzyła wszystkim
wspólnotom odprawianie
dziękczynienia. Całe
zgromadzenie rozpoczęło wówczas
nowennę dziękczynną do Jana
Pawła II.
Minęło już
10 miesięcy od czasu, kiedy
przerwałam kurację. Powróciłam
do normalnej pracy, piszę bez
żadnej trudności, znowu prowadzę
samochód, nawet na długich
odległościach. Czuję się tak,
jak gdybym narodziła się po raz
drugi, jakbym rozpoczęła nowe
życie, gdyż nic nie jest tak,
jak przedtem.
Dzisiaj
mogę stwierdzić, iż przyjaciel
odszedł z naszej ziemi, ale mimo
tego jest bardzo bliski memu
sercu. On sprawił, iż wzrosło we
mnie pragnienie adoracji
Najświętszego Sakramentu oraz
miłość do Eucharystii, która
zajmuje najważniejsze miejsce w
moim codziennym życiu. To, co
Pan dał mi przeżyć dzięki
wstawiennictwu Jana Pawła II
jest wielką tajemnicą, trudną do
wyjaśnienia w słowach, gdyż tak
jak jest wielka, tak jest
silna... ,ale dla Boga nie ma
nic niemożliwego. Tak, „jeśli
uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą”
.
Siostra Marie Simon Pierre